sobota, 5 lipca 2014

Brak czasu * klatka * warsztaty smyczowe

Miałam pisać jutro, ale nie wytrzymam! Takie emocje! Dobra, najlepsze na koniec.

Najpierw kwestia niedoczasu w tym tygodniu. Otóż w zeszły weekend, spędzając z psami całe dnie - byłam szczęśliwa i spełniona. Tym bardziej nie chciało mi się wracać do pracy; wracając padnięta do domu zwyczajnie nie miałam siły, by pracować z dziewczynami... W dodatku się rozchorowałam :P Więc i cierpliwość na wyczerpaniu. Innymi słowy - warunki niesprzyjające szkoleniu ;) Aktywne spacery zrekompensowałam im ćwiczeniami w domu. One się wymęczyły, a ja siedziałam na tyłku. Niemniej jednak czułam się jak matka, która zostawia swoje dzieci z opiekunką, a sama idzie do pracy (chociaż nie jest karierowiczką), myślami będąc przy dziewczynach... Ech... Przewrotność.

Kennele. Dzięki uprzejmości jednej z kursantek poprzednich warsztatów udało mi się dorwać DVD Crate Games (którego oczywiście nie miałam kiedy obejrzeć...), czyli gier z użyciem klatki pomagające psom nie tylko w akceptacji ich nowej nory, ale stworzenia z niej ukochanego miejsca. Jak obejrzę i poćwiczę - to opiszę. W każdym razie po tygodniu dziewczyny same wchodzą do swoich klatek nie tylko w nocy, ale też w ciągu dnia. Mogę je tam zamknąć i wyjść z pokoju na dłuższą chwilę, robić sobie coś w kuchni na luzie. Kiedy wrzucę im do środka po Kongu - mogę nawet wyjść z mieszkania, nie zauważą tego ;) Ale to był tylko jednorazowy test, na razie jest na to stanowczo za wcześnie. Chociaż muszę przyznać, że odkąd zostawiam otwartą sypialnię (klatki stoją właśnie w sypialni; była zamykana, bo młoda sikała... na łóżko) - jest cisza i spokój. Nawet kiedy Hemi zostaje w domu sama to jest wyluzowana, zwija się w kłębek i śpi. Nie ma ekscytacji, nie ma stresu. Jest za to moja radość.

No i dzisiejsza perełka... Pierwszy dzień warsztatów smyczowych z Wojtkiem Radomiakiem z Talking Dogs. O warsztatach dowiedziałam się też w zeszły weekend i nie bardzo wiedziałam, co można robić przez dwa dni tak po prostu z psem i smyczą. Wyjaśnienie, że warsztaty uczą, jak komunikować się z psem za pomocą smyczy, czytać psa oraz samemu dawać mu jasne sygnały trochę mnie zachęciło, ale nie do końca przekonało. No bo jak to, daję mojemu psu bardzo jasne sygnały na smyczy, nie? Jak ciągnie to ja staję ;) Wstałam więc dzisiaj o 7.00 (jak doooobrze się wyspać w weekend! całe 2h bonusu :D ) i pojechałam do Łomianek. Jedyna niezmotoryzowana, ale dałyśmy sobie radę, Dota świetnie sobie radzi w komunikacji. Ja nieco gorzej, zwłaszcza jak ludzie wpychają jej palce w kaganiec albo klepią po głowie. Nie ważne - w każdym razie dojechałyśmy. Najpierw była część teoretyczna, a w niej omówione tematy:
- dlaczego psy ciągną na smyczy
- metody prowadzenia psa na smyczy
- jak powinno wg nas wyglądać chodzenie na smyczy
Oprócz garści fantastycznych wiadomości, nie wszystkie takie wiadome (przynajmniej dla mnie), wywiązała się dyskusja między uczestnikami. Mnie bardzo ucieszył fakt, że zostało głośno powiedziane, że kantarek/halter nie jest pozytywnym narzędziem w szkoleniu psa (świetny artykuł na ten temat tutaj). Potem zostało opisane ćwiczenie, jakie będziemy za chwilę robić - brzmiało bardzo prosto. Najpierw pokazujemy, jak zwykle chodzimy z psem na smyczy podczas spaceru, a potem przewodnik po prostu staje i chwali psa za spokojne zachowanie się na luźnej smyczy.
Przy pierwszej części każdy dowiedział się o sobie więcej, niż by przypuszczał ;) Jak nieczytelne znaki dajemy swoim psom, jak bardzo nie potrafimy zrozumieć, co one nam mówią. Kiedy przyszła moja kolej Wojtek polecił mi zrobić coś, co kłóciło się zupełnie ze zdobytą do tej pory wiedzą, mianowicie... przyśpieszyć i podążyć za ciągnącym psem. Potem stałam z Dotą - z tym akurat nie mamy problemu dzięki jej charakterowi oraz uskutecznianym spacerom. Dota się nie frustruje. Potem przeszłam się z nią jeszcze raz, korzystając z otrzymanych wskazówek i... No po prostu nie. Nie wierzyłam. Kilka prostych ruchów i pies, który 'miał mnie w dupie' i 'nie chciał przestać ciągnąć' szedł na luźnej smyczy, ZWALNIAJĄC sam kiedy poczuł, że smycz minimalnie się napina. MAGIA!!! Bez smaczków, bez zabawek, bez robienia z siebie pajaca.
Tak jak do metod z warsztatów frisbee nie byłam do końca przekonana, tak tutaj czuję, że to jest to. Marzyłam o tym, żeby moje psy na spacerze czuły się swobodnie, wąchały trawkę, ale przy okazji miały oko na mnie i śledziły, co robię. Żeby miały ochotę ze mną przebywać i za mną podążać, nie chciałam być dla nich chodzącym karmnikiem albo martwić się, że zapomniałam smaczka i teraz nie mogę spokojnie przejść obok jakichś psów czy innych pokus. Oczywiście - wypracowanie relacji z psem opiera się głównie na wspólnym aktywnym spędzaniu czasu, ale dużo osób ma ten problem, że wszystko jest super z ich psami dopóki nie wyjdą z domu.... Na spacerze pies ma swoje ważne sprawy i nawet surowe mięso przed nosem nie zawsze działa.
Jeśli ktoś ma ochotę dowiedzieć się więcej, zobaczyć ćwiczenia na żywo albo samemu ma problem z chodzeniem na smyczy - pewnie wkrótce zrobimy zajęcia tematyczne w psim ABC :)
Jutro ciąg dalszy, a ja nie mogę się już doczekać, chcę więcej!

A na koniec Dota zerwała sobie pazur i zawitałyśmy jeszcze do weterynarza. Moja dziewucha była bardzo dzielna :) Pan doktor zdziwił się, że pies taki spokojny, a moje ego zostało dopieszczone.
Tak, kocham takie dni jak dziś. Dużo nauki, ćwiczeń i psów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz